Urodzony w USA – na nowo! - Moim idolem był wtedy Bob Dylan

Spis treści

Daniel Wyszogrodzki. Fot: archiwum autora/zwierciadlo.plDaniel Wyszogrodzki. Fot: archiwum autora/zwierciadlo.pl

Moim idolem numer jeden był wtedy Bob Dylan, więc wkręciłem się szybko w grono kolekcjonerów, dzięki którym udało mi się zdobyć dostęp do bootlegów tego artysty. Uzbieranie oficjalnej dyskografii było kwestią czasu, natomiast w „drugim obiegu” trzeba było mieć znajomości. I to właśnie jeden z tamtych zakręconych nowojorskich kolekcjonerów od Dylana zapytał mnie, czy znam Springsteena. Zdziwił się, że nie. Powiedział mi, że powinienem szybko to nadrobić, bo – cytuję – „Springsteen jest lepszy od Dylana”. Better than Dylan?... Powinienem był go pobić za bluźnierstwo, ale pozwalał mi przegrywać swoje bootlegi na kasety, a oryginalne nielegalne winyle kosztowały wówczas fortunę… Zamiast tego postanowiłem „temu Bossowi” dać szansę.

Pierwszy kontakt nie wypadł najlepiej, do czego przyznaję się dziś ze wstydem, proszę docenić szczerość i wolę samokrytyki. Moje poznawanie Ameryki przejawiało się także i tym, że na okrągło chodziłem do kina, nadrabiać zaległości z klasyki, ale wyłapywałem również wszystkie filmy muzyczne, w Polsce nie pokazywano ich wtedy prawie wcale. Tak trafiłem na dokument koncertowy „No Nukes”… Koncert odbył się w Madison Square Garden w 1979 roku, artyści protestowali na nim przeciwko energii jądrowej, co mi zupełnie nie przeszkadzało. Z nazwisk wykonawców na plakacie rozpoznałem połowę, ale był wśród nich James Taylor, byli Crosby, Stills & Nash (niestety bez Younga), był również zespół The Doobie Brothers, który oczarował mnie przebojem „What a Fool Belives”, często nadawanym w stacjach radiowych. No i ten Springsteen.

„No Nukes”, jeśli ktoś zna ten koncert, to wiadomo: „Mockingbird” małżeństwa (wtedy) Carly Simon i James Taylor, dla mnie rewelacja, taka chemia, że iskry lecą, wspaniały Jackson Brownie, który dopiero w Stanach wzbogacił moja listę singers-songwriters (w Polsce był nieznany), odkryciem okazała się rudowłosa Bonnie Raitt, śpiewająca z gitarą przebój „Runaway”. Czekam na Springsteena, ledwo wiem, jak facet wygląda, a na mój gust nie wygląda na „śpiewającego poetę”, raczej na rock’n’rollowca, co z lekka mnie do niego zniechęca (byłem na etapie śpiewających poetów). Pierwsza piosenka, „The River”, podoba mi się, ale tekst jest realistyczny, „przyziemny”, spodziewałem się czegoś innego po piosenkarzu „lepszym od Dylana”, Dylana, którego zresztą imituje – co on z tą harmonijką, przecież to już było… Zgoda, śpiewa fantastycznie, od pierwszej chwili urzeka mnie jego głos, ma ogromną moc, ale nie ma w nim magii Dylana, jest tylko siła, zwłaszcza, kiedy w „Thunder Road” rozkręca się cały zespół. A potem to już czysty rock – grają jakiś numer ze starej listy przebojów (było to „Quater to Three”, teraz już to wiem), Springsteen zachowuje się na scenie jak wariat – biega, pada na kolana...

Przypominam: to jest mój pierwszy kontakt. I sam już nie wiem, czy spodziewałem się odkryć Springsteena na filmie „No Nukes”, czy poszedłem „wyrównać rachunki” za to niestosowne porównanie do Dylana. Na szczęście piosenka „The River”, najbardziej w moim ówczesnym guście, utkwiła mi w pamięci, a resztę zrobiło nowojorskie radio. „Born To Run” był stałym punktem programu, zakochałem się w piosence „Hungry Heart”, w której chórki zaśpiewali – na modłę Beatlesów – Floe i Eddie z zespołu The Turtles. Ale najlepsze, że kilka miesięcy w Nowym Jorku, kilka koncertów i nieustanna obecność radia, sprawiły, że odrzuciłem przywiezione z Polski uprzedzenia do rock’n’rolla. Była to muzyka, na której dorastałem, ale kiedy odkryłem jazz i folk – odrzuciłem rocka.

The Legendary 1979 No Nukes ConcertsThe Legendary 1979 No Nukes Concerts

Wielki dzień nastąpił, kiedy kupiłem dwupłytowy album The River. To wtedy doszło do mojej prawdziwej inicjacji z muzyką Bossa, którego sam już zaczynałem tytułować Bossem, w końcu wszyscy wkoło tak robili. To był album, którego nie mogłem przestać słuchać, zmieniałem tylko strony i albo grałem przez tydzień drugą (od „Hungry Heart”, przez „Out In The Street”, które stało się moim własnym hymnem, musiałem przecież w tym Nowym Jorku pracować, po tytułowy utwór „The River”, przy którym miałem ciary), albo fiksowałem się na czwartej stronie (z wielkim finałem Drive All Night plus „Wreck On The Highway”), albo zaczynałem od początku. W rok po moim przybyciu do Nowego Jorku ukazała się Nebraska. Miałem już wtedy, jeżeli nie wszystkie, to większość płyt Bossa, byłem fanem. Ale ta była całkowitym zaskoczeniem. Mroczne, solowe nagrania Springsteena, nie miały nic z rock’n’rolla, wpisywały się bardziej w nurt folkowy, nurt amerykańskiej muzyki ludowej, który fascynował mnie wówczas na równi z jazzem.

Woody Guthrie, Pete Seeger, grupa The Weavers, to byli muzyczni bohaterowie moich wczesnych fascynacji amerykańską kulturą, ich śladami – zamazanymi już wtedy przez czas – wędrowałem po Manhattanie, poszukując starych płyt, starych książek. To zainteresowanie muzyką folk doprowadziło mnie kiedyś do Dylana, nie odwrotnie. Bruce Springsteen z Nebraski był śpiewającym poetą, jakiego chciałem usłyszeć przed rokiem. Ja się zmieniłem, ale i Boss się zmienił. Amerykańska prasa natychmiast wychwyciła te relacje: Woody Guthrie i dramatyczne ballady o prostych ludziach stawianych przez los w skomplikowanych sytuacjach, Springsteen wpisywał się we wspaniałą, wielopokoleniowa tradycję. Jak wiemy dziś, nie był to epizod, po latach nagrał płytę The Ghost of Tom Joad, której sam tytuł nawiązywał do pieśni i prozy Guthriego – Woody był pierwowzorem postaci Toma Joada z powieści „Grona gniewu” Steinbecka, powieściopisarz przyjaźnił się z bardem w latach wielkiego kryzysu. Po latach, na pierwszym wielkim wydawnictwie koncertowym Live 1975-85 Springsteena znalazło się wykonanie najbardziej znanej piosenki Guthriego „This Land Is Your Land”, uznawanej za nieoficjalny (albo raczej „oddolny”) hymn Stanów Zjednoczonych. Nie koniec na tym – mijają lata, a Springsteen wydaje Seeger Sessions i okazuje się, że i Boss i ja przez całe życie dzielimy podobne fascynacje. Jednym z głównych powodów mojego wyjazdu do USA w 1981 (całkiem serio) było marzenie o koncercie Pete’a Seegera. Byłem potem na wielu jego koncertach, śpiewałem razem z nim i z jego publicznością. Po latach te same piosenki śpiewała publiczność Springsteena.

Odsłony: 1404