Bruce Springsteen w Warszawie. 20 rocznica koncertów [AKTUALIZACJA]

Kategoria: Wiadomości Utw.: 11.05.2017 Markos E-mail
Bruce Springsteen, Sala Kongresowa, Warszawa 1997 r. (fot. Paweł Rost)Bruce Springsteen, Sala Kongresowa, Warszawa 1997 r. (fot. Paweł Rost)

20 lat temu, 9 i 10 maja 1997 roku Bruce Springsteen zagrał dwa akustyczne koncerty w Warszawie. Jedyne jak dotąd występy Bossa w Polsce odbyły się w Sali Kongresowej i były częścią trasy The Ghost Of Tom Joad Tour.

Nasz fanklubowy kolega Paweł Rost odszukał w swoim archiwum wideo z wywiadem, który Bruce Springsteen udzielił TVP. Oto ten wywiad:

I kolejne wideo do Pawła:

Natomiast Jurek Pieczonka, kolejny z naszych fanklubowiczów, który również był na tych koncertach, opublikował w sierpniowym wydaniu Tylko Rock (1997 r.), krótką relację z tych wydarzeń. Ozdobiły ją trzy zdjęcia Grzegorza Kszczotka - fotoreportera Tylko Rock.

Bruce Springsteen - Warszawa 1997

Przy okazji mamy gorącą prośbę do fanów Bossa: jeśli dysponujecie jakimiś pamiątkami związanymi z koncertami Bossa w Warszawie (zdjęcia, bilety, wycinki z prasy itp.) bardzo prosimy o nadsyłanie ich na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. - wszystko co od Was dostaniemy dołączymy do tej strony.

Na początek mamy dla Was program warszawskich koncertów z tłumaczeniami tekstów Macieja Zembatego!

A tu galeria zdjęć Pawła Rosta:

 

Wspomnienia fanów:

Magda Urbańska:

Warszawski koncert Bruce’a Springsteena promujący album "The Ghost Of Tom Joad" był moim pierwszym koncertem live. Pojechałam wraz z moją mamą, która również była zarażona Jego twórczością - dzięki mnie ;)

Generalnie pamiętam ten wieczór dość wybiórczo, to przez emocje 20-latki. Siedziałam jak zahipnotyzowana, koncert akustyczny to coś co wnika w słuchacza bez reszty, bardzo intymna chwila. Pamiętam, że piosenkę Across the border zadedykował dla nas.Przepiękne brzmienie Streets of Philadelfia. W pamięci mam świetny kontakt z publicznością i próby wypowiedzenia kilku słów po polsku. Słowo "Kobjeta" zabrzmiało bardzo zmysłowo, choć Bruce stwierdził, ze to bardzo trudna sprawa....

Na koniec ogromnie żałowałam, że nie mogę być na drugim koncercie dnia następnego. Oczywiście dokonałam zakupu kilku CD, choćby 3 płytowe wydanie BS & TESB Live 1975-85. Do dziś mam bilety - są niebiesko-białe.

Raz jeszcze chciałabym być tak wbita w fotel jak wtedy....

PS. na moim koncercie Bruce był w jasnej koszuli.

 

Bartosz Myśko:

Na jedyne koncerty Bruce’a Springsteena w Polsce trafiłem w zasadzie przez przypadek. Późnym popołudniem 9 maja 1997 r. załatwiałem coś w Domach Centrum, nieopodal Pałacu Kultury, i nagle uświadomiłem sobie, że za godzinę będzie koncert Bruce'a w Sali Kongresowej (o którym z kolei dowiedziałem się wcześniej z trójkowych audycji Piotra Kaczkowskiego, internet wtedy raczkował, a plakatów promocyjnych było "na mieście" jak na lekarstwo...).

Jako że byłem bardzo blisko, postanowiłem, że przejdę się pod Kongresową wchłonąć trochę atmosfery przedkoncertowej. Nie da się ukryć, że cena 150 zł za bilet była dla mnie nie do przeskoczenia. Z pewną zazdrością patrzyłem na ludzi powoli gromadzących się pod Kongresową z biletami w dłoni. W pewnym momencie wpadł mi w ucho strzępek rozmowy, że ktoś ma wolny bilet do oddania. Natychmiast podszedłem i zapytałem o cenę. W odpowiedzi usłyszałem, że bilet jest do odstąpienia po cenie nominalnej, czyli 150 zł. Z żalem odpowiedziałem, że niestety mnie, biednego studenta, nie stać na taki wydatek i zbierałem się do odejścia, gdy zatrzymało mnie pytanie "Ile jesteś w stanie dać?". Powiedziałem, skontrolowawszy zawartość portfela, że 50 zł. I wtedy sprawy potoczyły się bardzo szybko: pozbyłem się banknotu, ale miałem bilet w ręce i po kilkunastu minutach siedziałem oszołomiony całą sytuacją w 1 rzędzie na lewo od sceny...

Kiedy zgasły światła po chwili na scenę wyszedł facet w białej koszuli, włosy zaczesane do tyłu, „hiszpański” zarost. Tak mógłby wyglądać jeden z bohaterów opowieści zawartych na płycie „The Ghost of Tom Joad”, którą koncerty w Sali Kongresowej promowały. Jeden z tych poszukujących lepszego życia, zmierzający wraz z rodziną do „ziemi obiecanej”, próbujący legalnie bądź nielegalnie przekroczyć granicę meksykańsko-amerykańską, by tam, po tej „lepszej” stronie godnie żyć. To był jednak on, główny bohater wieczoru. The Boss.

Jego pojawieniu się na scenie nie towarzyszyły fanfary czy wymyślna gra świateł. Natomiast przywitała go burza oklasków. Od początku czuć było coś, co trudno jest uchwycić opisem. Coś poza słowami. Mam na myśli pewną więź z publicznością. Wzajemny szacunek. Brak gwiazdorskiej pozy ze strony Bruce’a oraz entuzjazm i jednocześnie skupienie publiczności, gdyż piosenki/opowieści grane na scenie należały także do niej. Opowiadacz był kluczowy, ale słuchający równie ważni. Partnerstwo. Mimo że, obcowaliśmy przecież z legendą.

Kluczowymi słowami opisującymi ten koncert wydają mi się „szczerość” i „charyzma”. Po pierwsze, temu facetowi stojącemu na scenie się po prostu wierzyło. Wzbudzał zaufanie. Za pomocą bardzo prostych środków wyrazu, przy akompaniamencie gitary akustycznej i harmonijki ustnej (zamocowanej na specjalnym stelażu przytroczonym do ramion Bruce’a, gdyż na scenie był sam i grał na obu instrumentach, często jednocześnie) opowiadał napisane przez siebie historie. Można rzec, że robił to „śpiewająco”. Jego głos brzmiał mocno i czysto.

Pomiędzy wykonywanymi piosenkami dopowiadał różne rzeczy, zmieniał nastroje. Tutaj pojawia się, „po drugie”, czyli charyzma. Zobaczyłem, że ten facet ma w sobie coś takiego, co powoduje, że człowiek słucha go jak zaczarowany. Skupia na nim całą uwagę i zapomina o reszcie... Oś koncertu stanowiły piosenki z płyty „The Ghost of Tom Joad”. Nie zabrakło jednak i takich hitów jak „Born in the USA” (w trudnej do rozpoznania wersji), „The River”, czy „Streets of Philadelphia”.
Występ trwał około dwóch godzin, włącznie z bisami, po czym Bruce ściskał ręce fanów, którzy podeszli pod scenę. Jakby żegnali się starzy znajomi... Wróciłem do domu układając sobie w głowie, co się właśnie wydarzyło i zastanawiając się czy to na pewno działo się naprawdę...  

Po takim przeżyciu byłem przekonany, że następnego dnia też będę pod Kongresową polować na szczęście. Tym razem przyprowadziłem ze sobą kolegę. Staliśmy przyglądając się wchodzącym na koncert, jednak poza konikami nikt biletów nie oferował, żadnej dobrej wróżki nie spotkaliśmy.

Gdy zostaliśmy na schodach już niemal sami, stojąc dość blisko wejścia, podszedł do nas jeden z "bramkarzy" wpuszczający ludzi i zapytał czy liczymy na wejście do środka oraz ile za taką ewentualną uprzejmość z jego strony chcemy zaoferować. Gdy usłyszał, że całe 20 zł poradził nam byśmy lepiej wybrali się na pizzę. My jednak staliśmy nadal na tych schodach i po kolejnych kilku minutach ów "bramkarz" zbliżył się do nas znowu ze słowami "dobra, dawajcie te 20 zł. i po cichutku do środka"... Skierował nas do kolegi wpuszczającego na salę na górze.

Gdy wchodziliśmy właśnie rozbrzmiewały pierwsze dźwięki "The Ghost of Tom Joad"... Mieliśmy wspaniałe miejsca stojące na samym końcu sali. Bruce tym razem występował w czerwonej koszuli – cóż za fajny ukłon w stronę polskiej publiczności. Nie uroniłem ani dźwięku stojąc jak zaczarowany. Była trochę zmieniona setlista, ale magia ta sama. Po raz drugi z rzędu przekonałem się, że ten facet jest stworzony by występować na scenie. Ma coś istotnego do powiedzenia, a co najważniejsze, chce się tego słuchać. Jakże inne były te akustyczne występy w porównaniu do stadionowych widowisk Bruce’a z zespołem E-Street Band, w których wiele lat później miałem przyjemność nie raz uczestniczyć. Jednak te oba „wcielenia”, to ten sam człowiek. Facet, któremu się wierzy i który przyciąga uwagę. I, co może najważniejsze, komponuje naprawdę niebanalne piosenki.

 

Michał Gronowski

Tak szybko minęły te lata... Byłem z żoną na koncercie 10 maja. Niezapomniane wrażenia, pewne poczucie elitarności tego spotkania z Bossem, no i oczywiście celebracja muzyki. Specyficzny nastrój stworzony na scenie przez samotnego Bruca...(nie licząc ducha Toma), i utwierdzenie w przekonaniu, że będę słuchał tego człowieka do końca życia.

Dość długo czekaliśmy na Bossa po koncercie, przy tylnej bramie wyjściowej, ale... pojawił się przy kracie i rozdał kilka autografów (mnie się nie udało dostać) i uścisnął kilka dłoni.

Przesyłam zdjęcie dwóch biletów leżących na programie koncertu. Moje córki, śmieją się, że wyciągnąłem z ołtarzyka św. relikwie. Pozdrawiam!

Program i bilety z koncertu z 10 maja 1997 r. w Warszawie (fot. Michał Gronowski)Program i bilety z koncertu z 10 maja 1997 r. w Warszawie (fot. Michał Gronowski)

 

Zobacz też:

Odsłony: 2690