Bruce Springsteen w Warszawie. Historia pewnego zdjęcia

Kategoria: Wiadomości Utw.: 18.06.2017 Krzysztof Marecki E-mail
Richy Walcher i Bruce SpringsteenRichy Walcher i Bruce Springsteen

Zapraszamy do przeczytania wspomnień Krzysztofa „Pielgrzyma” Mareckiego, jednego ze współzałożycieli fanklubu Blood Brothers. Ich tematem są dwa warszawskie koncerty Bruce’a Springsteena w Warszawie w maju 1997 roku.

1997 – to był dobry rok. Wtedy przyjechał do nas Boss. Miałem kupiony bilet na drugi, choć jak później się okazało, pierwszy koncert Bruce’a Springsteena w Polsce. Początkowo koncerty miały odbyć się 8 i 9 maja, ale z jakiegoś powodu pierwszy koncert został przeniesiony na 10 maja.

Tak więc w piątkowe popołudnie, 9 maja pojawiłem się przed Salą Kongresową, gdzie wreszcie miałem zobaczyć na żywo mojego idola. Kręciłem się pod Kongresową, gdy podjechał van, który został wpuszczony przez ochronę za bramę i wysiadł z niego On. Grupa fanów z zagranicy podbiegła do bramy i zaczęli wołać Boss!, Boss! Wtedy Springsteen, wchodzący już do środka, zawrócił i podszedł do nas. Rozmawiał z nami jak zwykły człowiek, a nie jak wielka gwiazda jaką niewątpliwie jest. Żartował, że niektórych to już widzi kolejny raz i nie chce mu się na nich patrzeć. Cały czas z tym swoim charakterystycznym uśmiechem na twarzy. Byłem w takim szoku, że zapomniałem poprosić go o autograf.

Później Boss pożegnał się z nami, wszedł do Kongresowej i zaczął przygotowywać się do koncertu. A my wróciliśmy pod wejście. Gdy ochrona wpuszczała do środka stanąłem dumny w kolejce ściskając w ręku bilet. A w środku… no właśnie, brutalne zderzenie z rzeczywistością człowieka z „trzeciego koncertowego świata” jakim byliśmy i jakim jeszcze chyba długo będziemy. Stoiska z koszulkami i innymi gadżetami z trasy Ghost of Tom Joad Tour w cenach takich, że aż się płakać chciało. Dobrze, że chociaż programy z tłumaczeniami tekstów Macieja Zembatego były darmowe.

Wszedłem do Sali, zająłem swoje miejsce na tzw. przystawce – przykręconym do ściany opuszczanym siedzisku z boku widowni. Przygotowałem sobie wygodny dostęp do kaset, bo udało mi się przemycić do środka mojego walkmana z opcją nagrywania oraz aparat fotograficzny.

Zgasły światła, zabrzmiały pierwsze dźwięki Ghosta, zapalił się pojedynczy reflektor i pojawił się Bruce – zwykły gościu w wytartych dżinsach, flanelowej koszuli z gitarą i harmonijką. Udało mi się pstryknąć kilka fotek (bez flesza – nie ma co ryzykować), gdy nagle podszedł do mnie jakiś facet i każe oddać aparat! Zacząłem udawać Greka, że nie wiem o co mu chodzi, że ja żadnych zdjęć nie robiłem. Na szczęście mi uwierzył i nawet mnie nie przeszukał. Walkman był otwarcie przypięty do paska.

Później było: - Cześć Warszawo, Dobry wieczór, Cieszę się że tu jestem. Oczywiście skwitowane głośnymi śmiechami i brawami. Każdy utwór był poprzedzany, krótką opowieścią o czym będzie traktował, bądź jakie były inspiracje do jego powstania. Niestety wszystkie po angielsku. Pamiętam, że pisałem po ciemku setlistę na kartce, a że nie byłem wtedy jeszcze zbyt biegły w wielkiej dyskografii Bossa, więc czasem zamiast tytułu zapisywałem fragmenty tekstu utworu do rozpoznania w domu.

Przed „Two Hearts” znowu była wstawka po polsku: - Mężczyzna, kobieta, kocham, seks. Bardzo, bardzo trudne, ale niezbędne! - po której Bruce zaśmiał się w swoim stylu. Kolejna zapowiedź do piosenki z nowego albumu i informacja, że zawiera dużo słów po angielsku. Bruce zapytał czy rozumiemy ten język i skierował żartobliwą prośba do obywateli amerykańskich zgromadzonych na sali, żeby w razie czego tłumaczyli sąsiadom. A była to historia o latach młodości, szkole katolickiej i nękaniu przez tamtejsze zakonnice. I zagrał utwór, którego nigdy przedtem nie słyszałem „In Freehold”.

Pamiętam, że podczas tego koncertu jedna rzecz wyjątkowo mi nie przypasowała… to ta miałcząca gitara we wstępie do „Born in the U.S.A.”. Przed „Dry Lightning” powtórka po polsku tekstu o mężczyźnie, kobiecie i seksie.

W pewnym momencie pomiędzy utworami, jakiś facet próbował głośno wymusić requesta i wtedy dowiedziałem się dlaczego ta trasa nieoficjalnie nazywana jest „Shut the f**k up Tour”. Boss ze śmiechem kazał się facetowi zamknąć, bo: - Staram się myśleć. A później po długiej opowieści po angielsku zabrzmiały słowa po polsku: - Tę piosenkę o nadziei, dedykuję Wam wszystkim – nagrodzone wielkimi brawami. Tą piosenką było „Across the Border”. Później zagrał „No Surrender” i… koniec koncertu?! Ale jak to? Tak szybko? Na szczęście nie. Boss po chwili wyszedł na Bis. Było „If I Should Fall…”, „Promised Land” i to był już na prawdę koniec. Pojechałem do domu lekko zawiedziony, gdyż nie dane mi było wysłuchać mojego ulubionego „Youngstown”, no ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Następnego dnia rano powiedziałem ojcu, że jadę pod Kongresową po autograf, bo wczoraj nie wziąłem. Na miejscu w kiosku kupiłem Wyborczą, a tam na pierwszej stronie zdjęcie Bossa i tytuł „Boss podbił Warszawę”. Siadłem sobie na stopniach, włączyłem wczorajszy koncert i zacząłem czytać artykuł. Nagle pojawiło się kilka osób i po angielsku zaczęli mnie wypytywać, co tam jest napisane. Na tyle na ile umiałem przetłumaczyłem artykuł z recenzją koncertu i wywiadem jakiego udzielił Boss dziennikarzowi na siłowni w hotelu Bristol. Zaskoczył ich fragment o Pałacu Kultury. W czasie rozmowy Bruce spytał dziennikarza co to za miejsce, gdzie ma wystąpić, a gdy dowiedział się że to dar Stalina dla Warszawy, wypalił do dziennikarza: - Jaja sobie ze mnie robisz?!?

Na koniec powiedziałem nowym znajomym, że przyjechałem po autograf Springsteena. Wtedy jeden z nich, Richy Walcher (przyjechał z Niemiec, jak się później okazało), pokazał mi swoje wspólne zdjęcie z Bossem z koncertu w Berlinie i powiedział, że będzie się starał na nim zdobyć autograf Bossa. Zapytali mnie, czy idę dziś na koncert, ale z żalem przyznałem, że nie, bo 180 złotych za bilet gdy zarabia się 850, to trochę za drogo... Gdy tak sobie dalej wymienialiśmy wrażenia z poprzedniego koncertu, w pewnym momencie podszedł do mnie jeden z moich nowych znajomych i pokazuje mi bilet, który właśnie kupił w kasie. Fajny, mówię, a oni na to, że to dla mnie i życzą mi udanego koncertu.

Nie mogłem uwierzyć we własne szczęście. Na dodatek okazało się, że był to bilet na miejsce w trzecim rzędzie, na wprost mikrofonu Springsteena!

Gdy byliśmy już w środku podszedłem z Richym do obsługi i zapytałem jaka jest szansa, żeby Richy dostał na swoim zdjęciu autograf Bossa. Stwierdzili, że żadnej... Wziąłem więc zdjęcie od Richy'ego i pokazuję im, że chłopak ma wspólną fotę z Artystą, więc niech coś wymyślą. My nie musimy wchodzić i mu przeszkadzać… niech to oni załatwią ten autograf. Bardzo miła Pani wzięła to zdjęcie, poprosiła Richy'ego o jego bilet (miał miejsce w pierwszym rzędzie, na wprost kolumn na samym końcu) i poszliśmy na koncert.

Na początku „Ghost…”, a przed „Atantic City” - Cześć Warszawo, dobry wieczór, cieszę się, że tu jestem – po czym Bruce dodał: - To spokojna muzyka, więc oo… oczekuję ciszy. Potem, ponownie przed „Across the Border” znów odezwał się po polsku: - Tę piosenkę o nadziei, dedykuję Wam wszystkim – znowu nagrodzone wielkimi brawami. Drugiego dnia Bruce dużo lepiej radził sobie z naszym językiem, nawet „ę” zaczął wymawiać. Po utworze padło: - Dziękuje, bardzo dziękuję. Później Bruce zagrał jeszcze „Working on the Highway” i „There Will Never Be Anyone For Me But You” (*) –  i to był koniec głównej części koncertu.

Po chwili owacji Springsteen wrócił na scenę, podziękował za wspaniałe koncerty w Warszawie, za wspaniałą publiczność i prezenty jakie otrzymał (miałem w tym również swój mały udział – Boss dostał od Pawła Bączkowskiego – polskiego kantrowca jego album „Smak życia”, który pomogłem przekazać Artyście). Później Bruce zagrał „Streets of Philadelphia”, „Promised Land” i zapaliły się światła. I wtedy Boss podszedł do krawędzi sceny i przybijał piątki z polskimi fanami. Też się załapałem!

Po wszystkim znów zacząłem męczyć obsługę, żeby puścili mnie do Bossa po autograf. Jedyne co udało mi się uzyskać, to naklejka ochrony z klapy garnituru ochroniarza i informację, że Artysta wyjdzie podpisywać zdjęcia pod bramę bliżej dworca Centralnego. Popędziłem na zewnątrz, żeby zdążyć, bo negocjacje trochę trwały, ale udało się! Boss właśnie podchodził do fanów. Gdy zbliżał się do mnie spytałem jak płyta, którą dostał? Powiedział, że OK. Jakaś mała dziewczynka nie mogła się dopchać do bramy, to przepuściłem ją przed siebie. No i licho na tym wyszedłem - ona dostała autograf, po którym Boss pożegnał się i wrócił do Kongresowej. I znowu zostałem bez autografu!

Chwilę później spotkałem się z „moimi” obcokrajowcami. Richie opowiedział mi, jak to w trakcie koncertu ktoś do niego podszedł i wręczył mu zdjęcie podpisane przez Bossa. Pogratulowałem mu, a on spytał czy ja mam swój autograf. Gdy dowiedział się, że nie… dał mi swoje zdjęcie i powiedział, że on ma swój autograf, a ten to tak naprawdę ja zdobyłem, więc mi się należy. Potem chcieli mnie zabrać ze sobą do Pragi, w poniedziałek musiałem być w pracy, więc nie pojechałem, choć gotowi byli nawet pokryć mi koszty podróży, ale tylko odprowadziłem ich na dworzec.

Autograf Bossa na odwroce zdjęcia, które Pielgrzym dostał od Richy'ego.Autograf Bossa na odwrocie zdjęcia, które Pielgrzym dostał od Richy'ego.

Wracając na przystanek autobusowy zobaczyłem w sklepie muzycznym w podziemiach plakat promujący trasę. W poniedziałek po pracy szybciutko pomknąłem na centralny, żeby mi nikt nie podebrał tego plakatu i po kilku godzinach czekania na właściciela udało mi się wysępić plakat. W domu nakleiłem na niego tę wydębioną od ochroniarza naklejkę i na pastę do zębów (tak się przecież kiedyś naklejało plakaty) przymocowałem go do ściany w swoim pokoju. Gdy zamieszkałem z Anią, moją żoną, plakat zajął zaszczytne miejsce na drzwiach do naszego pokoju i dopiero kilka lat temu podarowałem ten plakat Eli Giedyk.

A teraz minęło 20 lat. Na szczęście mam nagrane obydwa koncerty. Otrzymałem o wiele lepsze kopie od moich nagrań od Pawła Rosta i dzięki temu mogłem sobie przypomnieć jak to wtedy było. Przy okazji przesłuchując te koncerty, po raz kolejny doszedłem do wniosku, że były to dwa różne koncerty. Pierwszy taki bardziej nostalgiczny, a drugi bardziej wesoły.

Podczas fanklubowego spotkania w Trójce z Okazji 15-lecia Warszawskich Koncertów okazało się, że wtedy, gdy po drugim koncercie stałem pod bramą czekając na Bossa, Monika Rudnik zrobiła zdjęcie. No i jestem na jednym zdjęciu ze Springsteenem. Podobna historia przydarzyła mi się przed  koncertem Bossa w Wiedniu, gdzie Markos zrobił zdjęcie, gdy Bruce składał mi swój autograf na książce „Springsteen. Point blank”.

PS. Z Richym spotkaliśmy się kilka razy na kolejnych BOSSkich wyjazdach fanklubowych po Europie.


(*) Utwór "There Will Never Be Anyone For Me But You" nigdy nie ukazał się na żadnej oficjalnej płycie Bruce’a Springsteena. Pierwszy raz Boss zagrał go 19 września 1996 r. w Providence. W sumie podczas trasy The Ghost Of Tom Joad Tour Bruce wykonał ten utwór 33 razy. Po raz ostatni zagrał go… 10 maja 1997 r. właśnie w Warszawie.

Zobacz też:

Odsłony: 1865